Park of Poland – wodny Raj pod Warszawą! Park of Poland powstaje 60 km od Warszawy, pod Mszczonowem (pomiędzy autostradą A2 a drogą ekspresową S8). Na działce o powierzchni 20 hektarów powstanie kompleks, z którym żaden obecny w naszym kraju nie może się równać.
Stream Cztery Mile Za Warszawą by Myslibor on desktop and mobile. Play over 320 million tracks for free on SoundCloud.
Bez ciebie nie ma życia, Warszawo ma Jarema Stępowski tekst piosenki oraz tłumaczenie. Obejrzyj teledysk z Youtube i posłuchaj mp3 z YT. Sprawdź chwyty na gitarę. Dodaj Swoją wersję tekstu i chwyty gitarowe.
Ptasie weseleCtery mile za Warszawóm ͧozynieł się wróbel z kanióm.Dana, dana, o da danum , ͧozenieł się wróbel z kanióm.Wszystko ptactwo zaprosieli, a
A w niedziela rano ledwie słonko wschodzi. Młlody legionista po koszarach chodzi. Po koszarach chodzi szabla w ręku nosi. Pana porucznika o przepustka prosi. Panie poruczniku póśćże mnie do domu. Zostawiłem dyiewczę sam ja niewiem komu. Puszcza ja cię puszcza ale nie samego. Każe ci osiodać konika wronnego. Konika wronnego siodełko
bit ce tu mjesta za nas Opet se pune peroni ja prestar da budem novi koji jedva natuca ispod tudjeg poklopca Al' kap po kap i evo slapa sada nam vec puna kapa Vjecnih ponavljaca gresaka svojih predaka sto ne citaju nista a kamoli izmedju redaka Ref. Ref. 2x Zavrti atlas bit ce tu mjesta za nas ma daj zavrti atlas bit ce tu mjesta za nas
Tekst/lyrics pesme Mile Kekin - Beton - Imam točno 15 i vrelo je ljeto Stojim na suncu i zalijevam beton Stari mi rek'o da svježi beton na suncu puca Ma nema
A Karliczek za nią jak za młodą panią Z flaszeczką wina. Wróć se, Karolinko, napij se wina A bydziesz czorwona A bydziesz czorwona Jako malina. Szła do Gogolina przedsa patrzyła Ani se na swego Synka szykownego Nie obejrzała. Wróć se Karolinko bo jadom goście Joł se już nie wrócam Bo se bardzo smuca Boch już na moście.
sto me je srela. Oci njene nisu sjale. da me gleda nije smela. cigaretu nije htela. uzela je, uzela je samo dim. Ref. 3x. Ocena: 4.31. Kliknite ovde za video. Mile Kitic - Kraljica Trotoara tekst : Puklo nebo iznad grada ja bas tada mili Boze prvu ljubav sretoh tu na ulici mokru do koze Otkad video je nisam ko da prosla.
Listen to Cztery mile za warszawą on the Polish music album Szlagiery ulic i podwórek, Cz. 2 by Orkiestra z Chmielnej, only on JioSaavn. Play online or download to listen offline free - in HD audio, only on JioSaavn.
COiDRC. Autor zdjęcia: mat. promocyjne (Zuhal Kocan)Tomasz Dąbrowski - wiadomo kim jest. Mamy okazję słuchać go na żywo często podobnie jak i mieszkancy reszty Europy. Znakomity trębacz, kompozytor, człowiek, który od lat stanowczo bierze sprawy swojej kariery w swoje ręce i robi to z wielkim powodzieniem. Ilekroć ukazuję się jego nowa płyta pojawia się ogromna pokusa umieszczenie jej w gronie wyjątkowych zdarzeń. Tak było i z jego najnowszym albumem "Six Months & Ten Drops" , tak teżjest z albumem "SOLO: 30 Birthday, 30 Concerts, 30 Cities". Z tej okazji, ale też i w wielu innych powodów udało nam się złapać Tomka na chwilę i porozmawiać. Oto efekt tej rozmowy. Przekroczyłeś 30stke, co oznacza, że w obiegowym rozumieniu rzeczy przestałeś być muzykiem młodym. Jak się z tym czujesz? Bardzo dobrze. Czas płynie, jestem coraz bardziej dojrzały i przez to ostrożniejszy w działaniach artystycznych. Dobrze ze przestałem być młodym. Określenie "obiecujący i młody" jest już dla mnie oklepane, a tak na marginesie ciekawe jakie teraz określenie się pojawi. Pewnie teraz będziesz określany jako jeden z najciekawszy muzyków średniego pokolenia. Brzmi gorzej, ale etykietka jakaś jest J Powiedziałeś przed chwilą , że stałeś się ostrożniejszy w działaniach muzycznych. Co przez to rozumiesz i jak się ta ostrożność objawia? Ostrożniejszy to może nie do końca odpowiednie słowo, jestem po prostu bardziej rozważny. Na czym zatem ta rozwaga polega? Na podejściu do mojego własnego grania, do kompozycji. Mam także coraz częściej wrażenie, że patrzę na muzykę wertykalnie, zamiast horyzontalnie. Mam tu na myśli zgłębianie konkretnych zagadnień muzycznych, a nie granie po prostu, dlatego, że umiem. Jestem w takiej chwili, że wiem o tym, że umiem i nie muszę sobie tego już udowadniać. W tym momencie czuje jednak, że stoję na jakimś rozdrożu. Granie solo i nagrania płytowe pochłonęły bardzo dużo zarówno energii, jak i czasu. Teraz natomiast powoli pojawiają się pomysły co dalej. Aż trudno uwierzyć w to, co mówisz. Nie sprawiałeś do tej pory człowieka, który musiał sobie udowadniać swoje umiejętności. To nowe wertykalne spojrzenie, to był proces czy zauważyłeś zmianę nagle? Hehe, to moje własne obserwacje mojej osoby, jak to na zewnątrz wygląda przyznam nie wiem. Ja zauważyłeś, jestem po 30-tce i mimo relatywnie młodego wieku, i w trakcie trasy solo która trwała ponad 7 miesięcy, zauważyłem iż stopniowo nabieram dystansu do siebie i tego co robię i widzę to jako coś bardzo pozytywnego. Odkryłem też, że w tym kontekście – recital solo, to dla mnie idealny punkt wyjścia. Punkt wyjścia do czego? Znowu odwołam się do stereotypu, recital solo zazwyczaj postrzegany bywa jako punkt wieńczący coś, a nie miejsce startu do czegoś. Granie solo na instrumencie melodycznym, eksplorowanie możliwości instrumentu i mojego umysłu przy użyciu jak najmniejszej ilości informacji - materiału muzycznego, czy to melodii, tekstury, czy też dynamiki i rytmu. Improwizacja w kontekście całego koncertu, staje się wtedy elementem historii opowiadanej, a nie próbą odpowiedzi nią sobie czy potrafię zagrać solo. Zauważyłeś to w trakcie swojej wielkiej koncertowej tury 30 solowych koncertów na 30 urodziny w 30 miastach? Tak. Ciekawie te trasę nazwałeś Która cześć tej nazwy wydaje ci się ciekawa? J Słowo wielka. Tak, zauważyłem to w trakcie trasy solo, wówczas też pojawiła się odpowiedź na pytanie jak uciągnąć 45- 60 minutowy koncert, będąc mną. J Co masz na myśli? Chcesz powiedzieć, że nie znajdywałeś w sobie wcześniej takiej możliwości, aby zbudować godziną historię i opowiedzieć ją słuchaczom? Było to możliwe i miałem takie koncerty nawet jeszcze przed trasą solo. Dopiero na trasie jednak oswoiłem się z graniem samemu na scenie, na tyle, że wyzbyłem się obaw. To ważny moment, bo w miejsce obawy pojawiło się skupienie na opowiadanej historii i na narracji Można więc powiedzieć, że ta 30 koncertowa trasa solo była czymś wyjątkowym nie tylko ze względu na formułę, ale także jako sposób odnajdywania siebie. A czym jest formacja Free4Arts? Tak, to absolutnie najbardziej znaczące przedsięwzięcie w mojej karierze jako artysty i chciałbym też w tym miejscu dodać, że projekt solo jest już nagrany. Odbyły się 3 sesje nagraniowe w przestrzeniach o zróżnicowanej akustyce, chciałem przekonać się jak muzyka zabrzmi w zależności od pomieszczenia. Przy nagraniach towarzyszył mi John Fomsgaard – wyjątkowy realizator, oraz Kristoffer Juel Poulsen – kamerzysta. Materiał, który ujrzy światło dzienne został nagrany w kościele protestanckim w Kopenhadze. Muzyka i nagranie video, do tego krótki dokument o całej trasie „30 urodziny / 30 miast / 30 kocertów” o powstaniu płyty. Natomiast Free4arts jest moim najnowszym zespołem, do którego zaprosiłem kilku w moich ulubionych muzyków. Muzyka grana przez ten zespół, moje kompozycje, to nowy rozdział w moim pisaniu, Mam wrażenie, że to bardzo skupione, spójne i pozbawione pretensjonalności kompozycje. Jest tu też najwięcej melodii. Z jakich powodów są to Twoi ulubieni muzycy? Z wielu powodów. Przede wszystkim dojrzałość artystyczna, która cechuje każdego z muzyków z Free4Arts, poza tym wspólne ogarnie sprawdzone w wielu formacjach. No i oczywiście zbliżony gust muzyczny. To dlatego ten zespół brzmi w mojej opinii tak klarownie. Ująłbym to w ten sposób, że w tym bandzie w centrum jest muzyka, a nie ego któregokolwiek z muzyków. To też element mojego dojrzewania, wyzbycie się ego i prób kontrolowania muzyki. Steve Lacy powiedział kiedyś graj to czego nie znasz, to znacznie ciekawsze – mówisz, że wyzbyłeś się prób kontrolowania muzyki. Czy muzyka Free4arts jest dla Ciebie takim zaskoczeniem? Tak, zgadzam się z tymi słowami. Jasne, że gramy kompozycje, ale na tyle jasno napisane, że instrukcje co do kierunku nie ograniczają kreatywności muzyków, a wyznaczają nowe kierunki. No właśnie, jak postrzegałeś kiedyś, a jak postrzegasz teraz, relacje pomiędzy tym co skomponowane a tym co oddane swobodzie improwizatorskiej kreacji? Od kiedy zacząłem komponować, bardzo zależało mi na tym by improwizacje były częścią kompozycji. Na własne potrzeby nazywam to ukierunkowaną improwizacją. Z upływem czasu mam wrażenie, że jestem coraz lepszy w przelewaniu na papier bardzo konkretnych instrukcji. I tak sobie myślę, że w ogóle cechą dobrego bandleadera jest świadomość ile trzeba powiedzieć muzykom gdy przynosi się im nowy utwór. Cel jednak, od pierwszej płyty był ten sam - by improwizacja była integralną częścią kompozycji. Ile trzeba wyjaśniać w Twoim zespole? Z free4arts prawie nic, wszystko jest jasno nakreślone, i praca polega na realizowaniu tego co zapisane, mieszczenie się w formie. Oczywiście w sytuacji koncertu często odpływamy czasami w zupełnie inne strony. Czyli co udało Ci się zbudować na dziś idealne dla siebie medium, pozwalające na wszystko, czego Twoja dusza zapragnie? Na ten moment to rzeczywiście idealny zespół dla mnie. Niezależnie czy z Jacobem Anderskovem na fortepianie czy z Simonem Krebsem na gitarze. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jeszcze w tym roku, chce wrócić z Tom Trio. A to bardzo dobra wiadomość, bo też i Tom Trio to zespół, który szkoda byłoby, gdyby miał ze sceny zniknąć. Wspomniałeś o Simonie Krebsie. Do nagrania płyty „Six Months & Ten Drops zaprosiłeś jednak tylko pianistę Tak, gitarzysta pojawił się w zastępstwie, gdy Jacob miał akurat inne zobowiązania koncertowe. Simon jest wyśmienitym gitarzystą, ale również organista. Duża część partii fortepianu jest zapisana, a chodziło mi o to, by zachować charakter kompozycji. Simon sam też nalegał, że będzie grał z fortepianówek. I tak przy pomocy kilku pedałów gitarowych i starannie dobranych brzmień, udało się stworzyć nowe brzmienie zespołu. Na to żeby doświadczyć tego, będzie trzeba poczekać jednak na wasze koncerty z Simonem, są jakieś w planie? Są, ale w oryginalnym składzie z Jacobem Anderskovem. Czyli wierzę Ci na słowo,. J A właśnie możesz zdradzić kiedy przyjedziesz do Polski z Free4Arts? W listopadzie, ale w tym momencie poproszę śledzić moją stronę internetowa. Będą tam wszystkie informacje. Póki co nie wszystko jeszcze dokładnie ustalone. Wróćmy do Tom Trio, jaką pozycję teraz będzie miał ten band, w kontekście nowej formacji? Gramy od trasy do trasy, pod tym względem niczym się ten zespół nie różni, jako że dobrałem sobie muzyków bardzo zajętych. W takiej sytuacji nie sposób prowadzić zespołu w reżimie regularnych prob. Tak wiec pozostaje praca przy organizowaniu tras i poszukiwanie pretekstów do spotkań w formie tras czy pojedynczych koncertów. A mógłbyś opowiedzieć o pracy nad „Chapters”, kolejnej bardzo dobrej i bardzo dobrze przyjętej skądinąd płyty? Bartek zgłosił się do mnie z propozycją by zagrać duet. Bardzo miło mnie to zaskoczyło. Kiedy doszło już do spotkania to muzyka była od pierwszej chwili. Bartek ma bardzo jasny obraz swojej muzyki i ja niezmiernie to doceniam, i co tu kryć lubię w taki sposób pracować - mając do dyspozycji konkretne ramy kompozycyjne. Było to inspirujące spotkanie dla mnie jako kompozytora przede wszystkim. Co było tak szczególnie inspirującego? Brzmienie Bartka na bębnach, to po pierwsze, ale także sposób używania tekstur i brzmień. Poza tym świetne kompozycje i sposób orkiestracji brzmień pozwalający słuchać tej płyty, jako propozycji kompletnego zespołu, nie duetu bez basu J A jakie drogi zawiodły Cię do Folk Five Irka Wojtczaka? To w moim odczuciu ważny na polskiej scenie zespół i co szczególnie ważne, powstał nie jako projekt specjalny, ale jako wynik wielkiej fascynacji Irka polską muzyką ludową. Historia sięga warsztatów SIM w Sopocie w Zatoce Sztuki. Parę lat temu, tam zagrałem z Irkiem, poznałem z Tyshawnem Soreyem. Z Irkiem to taka historia, że na warsztatach był wtedy Ravi Coltrane. Wieczorne jam session jakoś podupadało i wówczas ja z Irkiem zagraliśmy duet. Niby nic wielkiego, ale pamiętam że od razu muzyczna osobowość Irka mnie zachwyciła. Po zejściu ze sceny Ravi powiedział Irkowi, że było to dobre. Śmiejemy się dzisiaj z tej historii, ale od tamtego czasu ilekroć się spotykaliśmy pomysł zagrania wspólnego wracał. Wreszcie nadarzyła się okazja przy polskiej edycji Folk Five, gdzie oprócz Irka mam przyjemność grać z Piotrem Manią, Adamem Żuchowskim i genialnym Kuba Staruszkiewiczem. Fascynacja Irka muzyką ludową to dłuższy temat, efekt badań które przeprowadził. ta muzyka choć mało mi znana to bliska sercu i duszy . Zastanawiałeś się skąd ta bliskość? Skąd? Nie wiem, ale czuję pod skórą coś, czego nie daje Ci żaden inny rodzaj muzyki. Gdy gramy "4 mile za Warszawą" to ciarki mam na plecach za każdym razem. Nawet grając sam temat. Myślę też, że znaczny wpływ na mój odbiór tej muzyki ma sam Irek. Swoją postawą, bezbronnością, ale i jednocześnie zaciętością oraz sposobem, w jaki prowadzi zespół, sprawia że cokolwiek by się nie działo, to za każdym z kolegów pójdę na scenie jak w ogień. Tak, jest w Irku nie tylko muzyku, ale też jako człowieku, ten rodzaj siły, któremu trudno się oprzeć. Dokładnie tak, siła i mądrość To kluczowe sprawy dla każdego twórcy. W twojej sztuce też to słychać. Jako, że jesteś już od niedawna muzykiem średniego pokolenia, to na sam koniec rozmowy powiedz mi czego życzyć ci na nowej drodze życia muzycznego? Kreatywności nieprzerwanej i uporu, a wszystkie inne sprawy? Myślę że się ziszczą się przy odrobinie szczęścia... Zatem i tej odrobiny szczęścia ci życzę i do zobaczenia na koncertach?
230 lat temu, 14 grudnia 1782 roku, bracia Montgolfier wypuścili z przydomowego ogródka swój pierwszy balon o objętości 18 m 3 , który osiągnął wysokość 250 m. Tekst z archiwum "Rzeczpospolitej" , z dodatku "Samoloty i ludzie" Świadczą też o tym przekazy z czasów antycznych i średniowiecza o bezskutecznych, z reguły tragicznych próbach lotu szybowego. Aż do XIX wieku wyobrażano sobie ludzkie latanie jako naśladowanie ptasiego. Jednak pierwszy raz wzbito się w przestworza w zupełnie inny sposób – balonem, lżejszym od powietrza atmosferycznego. Torebka braci Montgolfier Próby doszukiwania się źródeł pomysłu balonu w średniowiecznych chińskich latawcach, w których podgrzewano powietrze, czy w woskowych figurach napełnionych ogrzanym powietrzem, które wypuszczał Leonardo da Vinci z okazji koronacji papieża Leona X w 1513 roku, są dość naciągane. Prekursorem był raczej XIV-wieczny filozof Albert z Saksonii, który twierdził, że mogą istnieć przedmioty „pływające” po powierzchni oddzielającej strefę powietrza od leżącej ponad nią – jak sądzono – strefy ognia, podobnie jak niektóre przedmioty pływają po powierzchni oddzielającej powietrze od wody. Prawdziwa historia balonu zaczyna się w 1658 roku, kiedy możliwość lotów aerostatów zasygnalizował jezuita niemiecki Caspar Schott. W sierpniu 1709 roku duchowny portugalski Bartholomeu Lourenćo de Gusmčo, przekonując władcę Portugalii Jana V do stworzenia powietrznej floty wojennej, zaprezentował mu kulę ze śmigłem, która uniosła się aż po sufit. W 1782 roku bracia Michel Joseph i Étienne Jacques de Montgolfier, francuscy papiernicy z Annonay, zaczęli – po lekturze traktatu Josepha Priestleya o powietrzu – eksperymentować z papierowymi torebkami, które wzlatywały pod sufit napełniane gorącym powietrzem nad piecem kuchennym. Ponoć pomysł balonu zrodził się, gdy zobaczyli wydymaną i unoszoną przez rozgrzane powietrze koszulę zawieszoną nad kominkiem. Tak czy owak 5 czerwca 1783 roku z rynku w Annonay wypuścili swój pierwszy balon z papieru o średnicy ponad 10 m. Autopromocja Specjalna oferta letnia Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc KUP TERAZ Prezerwatywa Charlesa Na wieść o tym Akademia Nauk poleciła, by zbadał tę sprawę Jacques Alexandre César Charles – z czasem wybitny badacz i odkrywca własności gazów. Akademik, któremu nie chciało się tłuc z Paryża do Annonay, oparł się na niedokładnych relacjach i doszedł do wniosku, że Montgolfierowie napełnili balon wodorem, jedynym znanym wówczas łatwo dostępnym gazem, znacznie lżejszym od powietrza. Przekonany o słuszności swych domysłów, skonstruował balon napełniony wodorem, który wypuścił w Paryżu 27 sierpnia 1783 roku. Ponieważ wodór przenika przez tkaniny, powłoka balonu musiała być gumowana, w czym dopomogli bracia Robert, producenci prezerwatyw dla dworu królewskiego. W ten sposób Charles – sądząc, że tylko powtarza doświadczenie Montgolfierów – stał się bezwiednie wynalazcą nowego typu balonu. Sprawa wyjaśniła się we wrześniu, kiedy bracia przybyli do Paryża i zademonstrowali swój balon. Donosząca o tym wydarzeniu „Gazeta Warszawska” podaje, że balon Charlesa spadł „we wsi Gonesse o 4 mile odParyża, gdzie wieśniacy, widokiem tej machiny przestraszeni, postąpili z nią jak z jakim straszydłem z nieba spadłym...”. Rywalizacja obu rodzajów balonów, zwanych potocznie od nazwisk wynalazców mongolfierami i szarlierami, trwała do końca XVIII wieku. Później balony napełniane ogrzanym powietrzem wyszły z użycia, by ponownie znaleźć zastosowanie, już w naszych czasach, w sporcie balonowym. Na razie jednak 19 września 1783 roku Montgolfierowie wypuścili w Wersalu balon, po raz pierwszy z pasażerami w koszu: kaczką, kogutem i baranem. Prasa donosiła, że po wylądowaniu zwierzęta „żyły wszystkie i zgoła nie zdziczały”. Pierwsi śmiałkowie i bielizna do wymiany Sytuacja dojrzała do przeprowadzenia lotu z załogą ludzką. Wszelako Ludwik XVI nie chciał narażać życia ludzkiego w tak ryzykownej eskapadzie. W końcu uległ: początkowo – w imię nauki – miejsce w koszu balonowym mieli zająć dwaj przestępcy, jednak po protestach dworaków, że nie godzi się, aby głównymi bohaterami epokowego wydarzenia byli złoczyńcy, wybór padł na nauczyciela chemii i fizyki Jeana Franc, ois Pilatre de Roziera i markiza Franc, ois Laurenta d’Arlandesa. 21 listopada 1783 roku dokonali przelotu mongolfierą nad Paryżem. „... Bania podniosła się na powietrze z wielką wspaniałością i wygórowała najmniej do trzech tysięcy stóp [...]. Gdy się podniosła na 250 stóp, dobrze jeszcze widziani byli Margraf d’Arlandes i P. Pilatre de Rozier, w niej będący, i zdjęciem kapelusza patrzących żegnający; ale w dalszej wysokości już ich dojrzeć niemożna. Sama zaś Machina zawsze widoczna była w pięknej barzo formie. Wszystkich patrzących serca ściśnione były, już przez zdziwienie, już przez bojaźń o tych uczonych i młodych ludzi, którzy na taką powietrzną podróż odważyli się, a to jeszcze mając przy sobie pałający piec, od którego płótnem tylko oddzieleni byli, a przy nim galeria materiałami do zapału zdatnymi napełniona. [...] Pod czas tej powietrznej podróży, dodawaniem ustawnym ognia tak się bania zagrzała, że się kurczyć i marszczyć z trzaskiem zaczęła; zaczym oba zaraz zgodzili się, że czas do ziemi zabierać się. Umniejszywszy zatym ognia, spuszczać się na dół zaczęli, lecz widząc, że im przylądować przyszłoby na Paryskie dachy lub na Wieże Kościelne S. Suplicjusza (które im, owszem cały Paryż, gdy byli w najwyższej wysokości, tak się wydawał jak kupa złożonego gruzu lub kamieni), przeto [...] znowu śmiało dodali ognia i wynioższy się w górę, przelecieli Paryż, a potym spuścili się na wolne pole. Xiąże de Chartrtes, nie spuszczając z oka tej lecącej Machiny, biegł z nią w zawod i najpierwszy przybiegł do tych śmiałych Mężów, nie tylko im powinszować, ale też ich orzeźwić po takiej, krótkiej wprawdzie, ale nader trudnej podróży. Najpierwsze staranie było odmienić im bieliznę, gdyż powrócili z tej drogi zlani potem, częścią od pracy koło swego pieca, częścią też może od słusznego strachu, szło im albowiem o dwie wielkie razem rzeczy, to jest o życie i honor. Zeznali wszakże, że przez tak znaczną odmianę powietrza najmniejszego na zdrowiu pomieszania nieczuli”. „... Bania podniosła się na powietrze z wielką wspaniałością i wygórowała najmniej do trzech tysięcy stóp [...]. Gdy się podniosła na 250 stóp, dobrze jeszcze widziani byli Margraf d’Arlandes i P. Pilatre de Rozier, w niej będący...” 1 grudnia Charles wzleciał szalierą, która miała już wszystkie podstawowe cechy nowoczesnego balonu: jej powłoka z gumowanej tkaniny opleciona była siatką, na której zawieszony był kosz; nadto balon wyposażony był w klapę umożliwiającą wypuszczanie gazu z powłoki podczas lotu, w balast oraz w barometr służący do pomiarów wysokości wzniesienia. Pęcherz pod Warszawą Szybko zaczęto wypuszczać balony również w innych krajach: przed końcem 1783 roku w Anglii, Holandii i Mediolanie. Rok później balonowe szaleństwo dotarło do Polski: doświadczenia balonowe przeprowadzono w Warszawie, Krakowie, Lwowie, Kamieńcu Podolskim, Puławach i Pińczowie. Jak donosi „Gazeta Warszawska”, 10 marca balon wypuszczony przez Stanisława Okraszewskiego, nadwornego chemika Stanisława Augusta, „postrzegł wieśniak (Wojciech Lasota) ze wsi Grodziska do Starostwa Warszawskiego należącej, do lasu jadący, na łące wodą oblanej, leżącego między krzakami, i rozumiał, że była jakaś ze skóry odarta zwierzyna. Przybliżywszy się potym, gdy ujrzał zawieszone wstążki, obawiać się począł, aby nie były jakie szkodliwe gusła lub czary, ta zaś bojaźń bardziej się powiększyła, że ciągnąc za wiszące wstążki nic przy nich nie znalazł tylko zmoczony pęcherz. Odważył się jednak wziąć go do domu dla naradzenia się o nim całej gromady. Różni różne dawali o tym pęcherzu zdania, na ostatek postrzegłszy przy nim napisaną kartę, zgodzili się wszyscy zanieść to widowisko do księdza Bernardyna w Grodzisku mieszkającego. Udał się tam wieśniak, a zrozumiawszy rzecz całą od zakonnika, mianowicie, że na tej karcie obiecana była nagroda znajdującemu ten balon, przybiegł z nim do Warszawy; i od Najjaśniejszego Pana łaskawie udarowanym zostawszy, tym z większą radością do domu powracał, iż bardzo pod ten czas potrzebował pieniędzy na chrzciny w tę właśnie porę urodzonego swojego syna...”. Lot nad La Manche W 1784 r. dokonano też pierwszych wzlotów załogowych balonem poza granicami Francji. W Edynburgu mongolfierą przeleciał się James Tytler, szkocki pisarz i entuzjasta nauk ścisłych, a w Londynie szarlierą – neapolitański dyplomata Vincenzo Lunardi. 3 czerwca 1784 roku w Lyonie pierwszą aeronautką została Élisabeth Thible. W entuzjastycznej relacji „Gazety Warszawskiej” czytamy: „W Lugdunie albowiem, gdy Pan Fleurand Malarz zrobił balon, ofiarowała się do kompanii podróży powietrznej Jejmość Pani Thible i puściwszy się z nim o godzinie 4 wieczornej, oraz podnióższy się w górę na 8400 stóp Paryskich, przez trzy kwadranse po powietrzu żeglowała. Jakoż kolega jej Pan Fleurand szczęśliwość tak trudnej powietrznej podróży tej Damie jedynie przypisuje. Ona albowiem przez cały ten latania przeciąg nieustraszona, ona zawsze sobie przytomna, ona na wszystkie okoliczności przezorna, ona na wszelkie przypadki baczna, ona do pracy w rozżarzaniu piecyka nieustanna, ona, słowem mówiąc, była do wszystkiego”. 7 stycznia 1785 roku Francuz Jean Pierre Blanchard i Amerykanin John Jeffries, lekarz z Bostonu, przelecieli szarlierą ponad kanałem La Manche, z Dover do okolic Calais. Blanchard stał się wkrótce najsławniejszym z zawodowych aeronautów zarobkujących urządzaniem – nie tylko w Europie – publicznych pokazów balonowych, w Warszawie, gdzie w maju 1789 roku odbył pierwszy lot balonem, i Stanach Zjednoczonych. Łącznie odbył 66 powietrznych podróży. Balony na wojnie Niestety, balony szybko znalazły zastosowanie na polu walki. 2 czerwca 1794 roku wojska Republiki Francuskiej użyły po raz pierwszy balonu obserwacyjnego pod Maubeuge. Nazywał się Entreprenant, a pierwszym obserwatorem był kapitan Jean M. J. Coutelle. Austriacy ostrzeliwali go, póki nie wzniósł się na bezpieczną wysokość. Trzy tygodnie później balon przyczynił się walnie do zwycięstwa w bitwie pod Fleurus, a w 1795 roku Francuzi użyli go w czasie oblężenia Moguncji. Były to wszystko balony na uwięzi. Napełniano je wodorem, który wytwarzano na miejscu w warunkach frontowych. Poza znacznym polepszeniem rekonesansu, z pewnością odegrały niemałą rolę psychologiczną. Od połowy XIX wieku używano balonów obserwacyjnych, o kulistym kształcie czaszy, w niemal wszystkich wojnach. W 1896 roku Niemcy wprowadzili balony nowego wydłużonego, „kiełbaskowatego” kształtu. Od nich wywodzą się balony zaporowe, które, dodatkowo uzupełnione specjalnymi stalowymi sieciami, odegrały niemałą rolę jeszcze w ostatniej wojnie światowej: angielskie „schwytały” ponad 200 niemieckich pocisków rakietowych V-1. Balonów użyto również do pierwszych nalotów bombowych. 12 lipca 1849 roku Austriacy wysłali nad obleganą Wenecję eskadrę niewielkich, bezzałogowych mongolfier załadowanych bombami z opóźnionym zapłonem. Operacja zakończyła się jednak fiaskiem, ponieważ wiatr spędził balony znad miasta. Dopiero podczas pierwszej wojny światowej, dzięki użyciu sterowców – niezawodne konstrukcje pojawiły się około 1900 roku – przeprowadzano skuteczniejsze bombardowania z powietrza. Podczas oblężenia Paryża przez armię pruską w latach 1870 – 1871 balony wysyłano z Paryża przede wszystkim dla utrzymania łączności z resztą kraju. Nie trzeba dodawać, jak korzystnie wpływało to również na morale paryżan odciętych od świata. Bezużyteczny w tych warunkach dworzec kolejowy Gare du Nord zamieniono na wielką fabrykę balonów. Wypuszczono ich łącznie 68 (w tym jeden bez załogi). Startując głównie nocą, wyniosły z oblężonego miasta 168 osób, Leona Gambettę, który 7 października 1870 r. wyleciał ze stolicy w celu organizowania na prowincji dalszej walki z Prusakami. Balony przeniosły też ponad 3 mln listów o łącznym ciężarze około 10 ton, ponad 400 gołębi pocztowych, które miały dostarczać wiadomości do stolicy (powróciło tylko 57), oraz pięć wytresowanych w tym samym celu psów (z tych nie powrócił żaden). Zastosowano wówczas po raz pierwszy technikę mikrofilmowania listów, dzięki czemu owe 57 gołębi przyniosło około 100 tys. wiadomości. Z wypuszczonych balonów 54 wylądowały na obszarze Francji (18 przejęli Prusacy), dwa pechowo na terenie Prus, dwa utonęły w morzu, pięć dotarło do Belgii, cztery osiągnęły Holandię, a jeden doleciał aż do Norwegii. Im wyżej, tym zimniej Balony wykorzystywano też do badań naukowych. Charles na własnej skórze przekonał się, że im wyżej, tym zimniej: okazało się, że na wysokości 3 km temperatura była niższa o 12 stopni C od panującej na powierzchni ziemi. Poza uczuciem zimna uczony nie stwierdził jednak żadnych innych zmian w organizmie. W 1803 roku Robertson i Lhoste osiągnęli balonem L’Entreprenant wysokość ponad 7 km. Na tej wysokości aeronauci odczuwali ogólne niedomagania i stany lękowe, doskwierał im też stale zwiększający się powyżej 6500 m szum w uszach. Wystąpiły obrzęk warg, przekrwienie spojówek, senność i apatia, natomiast tętno u Robertsona wykazało pewne przyspieszenie, u Lhoste’a zaś zwolnienie. W sierpniu 1804 roku znakomici uczeni francuscy Jean Baptiste Biot i Joseph Louis Gay-Lussac wzlecieli na wysokość 6400 m, a 16 września tegoż roku Gay-Lussac samotnie osiągnął 7016 m. Aby tego dokonać, wyrzucił nie tylko cały balast, ale i drewniane krzesło, na którym siedział. Młoda pasterka imieniem Susanne zauważyła, jak białe krzesło spadło z nieba na ziemię i zaalarmowała całą okolicę. Mimo sceptycznego nastawienia miejscowego proboszcza uznano to za cud i przeniesiono nieco nadwerężony mebel do kościoła. Sprawa wyjaśniła się kilka dni później, kiedy proboszcz przeczytał w gazecie szczegółowy opis wyczynu Gay-Lussaca. Plonem naukowym obu tych wypraw było stwierdzenie, że skład atmosfery oraz magnetyzm ziemski nie ulegają zmianom do tej wysokości. Następną poważną ekspedycję podjęli w 1850 roku Francuzi Jacques Alexandre Bixio i Jean-Augustin Barral, dokonując w rozrzedzonym, przejrzystym powietrzu obserwacji astronomicznych. W 1858 roku Felix Tournachon-Nadar, uniósłszy się nad Paryżem, po raz pierwszy wykonał zdjęcie fotograficzne z balonu. Uczony brytyjski James Glaisher wespół ze słynnym aeronautą Henrym T. Coxwellem z pomocą balonu prowadzili badania meteorologiczne. 5 września 1862 roku wzbili się na rekordową wysokość 8838 m. Było to powyżej granicy, na jaką może wznieść się człowiek bez aparatu tlenowego: Glaisher stracił na pewien czas przytomność, a Coxwell, choć zaprawiony w lotach na znacznych wysokościach, również był tego bliski. Od 1892 roku datuje się regularne wysyłanie specjalnych balonów meteorologicznych, początkowo z pilotem, z czasem wyposażonych w automatyczną aparaturę badawczo-pomiarową. Balony-sondy stosowano do połowy XX wieku. Docierały do najwyższych warstw atmosfery – w 1959 roku jedna z nich wzleciała na 45 720 m. Zaginieni polarnicy Wbrew przewidywaniom naszych przodków balon zawiódł całkowicie jako środek komunikacji. Dobitnie świadczą o tym losy wyprawy polarnej szwedzkiego inżyniera Salomona Augusta Andrée (1854 – 1897), Nilsa Strindberga i Knuta Fränkla. 11 lipca 1897 roku wystartowali balonem Örnen (Orzeł) ze Spitzbergenu, po czym zaginął po nich wszelki ślad. Dopiero w 1930 roku wielorybnicy znaleźli na Wyspie Białej szczątki tej wyprawy. Dzięki zachowanym zapiskom oraz zdjęciom uczestników ekspedycji okazało się, że balon spadł po 65 godzinach lotu w odległości 800 km od bieguna północnego, a 300 km od najbliższego lądu. Wprawdzie po trzech miesiącach rozbitkom udało się dotrzeć do Wyspy Białej, ale tam jednak zmarli z wyczerpania i głodu. Od 1873 roku podejmowano wiele nieudanych prób przelotu balonem nad Atlantykiem. Udało się to, podobnie jak przelot nad Pacyfikiem i dookoła Ziemi, dopiero na przełomie XX i XXI wieku. Październik 2010
Janusz wygrywał z przedstawicielami najróżniejszych nacji. Z Niemcami przegrał właściwie tylko raz, nie w warunkach sportowych, niestety, rozstrzelany przez nich 21 czerwca 1940 roku w Palmirach na skraju Puszczy Kampinoskiej. Wprawdzie do dzisiaj są pewne wątpliwości, jeśli chodzi o dokładną datę egzekucji, ale jest pewne, że nastąpiło to w dniach 20–21 czerwca i że w tym samym czasie zostali rozstrzelani tamże kolega „Kusego” z Warszawianki Feliks Żuber, wicemistrz olimpijski 1924 w kolarstwie torowym Tomasz Stankiewicz, były marszałek Sejmu Maciej Rataj i Mieczysław Niedziałkowski, syn prezydenta Wilna, czołowy przedwojenny pepeesowiec, redaktor naczelny „Robotnika”, we wrześniu 1939 odznaczony tak samo jak Kusociński Krzyżem Walecznych za obronę Warszawy. >> „Przegląd Sportowy” o Januszu Kusocińskim W sportowe osiągnięcia Kusocińskiego można wejrzeć „od kuchni” poprzez zamieszczone na następnych stronach cytaty z artykułów i wywiadów, opublikowanych w przedwojennym „Przeglądzie Sportowym”. Był Janusz bez wątpienia tym długodystansowcem, który jako pierwszy usunął w cień niezwyciężonych fińskich biegaczy z legendarnym Paavo Nurmim na czele. Bardzo bolał jednakże z tego powodu, że Nurmi został przed igrzyskami 1932 zdyskwalifikowany za naruszenie reguł amatorstwa, podobnie zresztą jak największy krajowy rywal Janusza, repatriant z Łotwy Stanisław Petkiewicz, którego w 1929 wybrano w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” najlepszym sportowcem Polski tylko dlatego, że wygrał w Warszawie z Nurmim w pojedynku na 3000 metrów. Janusz Kusociński (w skórzanym płaszczu) po zdaniu egzaminu na prawo jazdy w 1932 roku stoi przy swoim samochodzie marki Buick w towarzystwie członków komisji egzaminacyjnej. Petkiewicz reprezentował Łotwę na igrzyskach olimpijskich 1928 w Amsterdamie, ale miesiąc później przeniósł się chętnie do Polski, trochę później podjął studia w nowo utworzonym Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie i zaczął reprezentować w lekkoatletyce nasz kraj. Rywalizacja Petkiewicza z Kusocińskim rozgrzewała publiczność do czerwoności, dopóki tego pierwszego nie zmuszono do zejścia z areny, co powetował sobie pracą trenerską i prowadzeniem w Warszawie szkoły tanga (nic dziwnego, że przed wybuchem wojny w 1939 roku wyemigrował do Argentyny). Kusociński, będący synem urzędnika kolejowego, a potem właściciela małego gospodarstwa ogrodniczego w Ołtarzewie pod Warszawą, aspirował w częściowo postfeudalnej, a częściowo już w pełni kapitalistycznej międzywojennej Polsce do wyższej klasy społecznej, czym budził niekiedy drwiące uśmiechy. Gdy już został sławnym mistrzem sportu, pasjonowały go luksusowe auta, rauty w doborowym towarzystwie, a nawet posiadanie fraka. Już jako ceniony lekkoatleta musiał dorabiać jako ogrodnik w Łazienkach. Mógł tylko pozazdrościć zdobywczyni pierwszego złota olimpijskiego dla Polski, szlachciance z krwi i kości, pochodzącej z zamożnej rodziny Halinie Konopackiej, dla której bywanie w wyższych sferach to była codzienność. Jednocześnie jednak z Konopacką łączyło go identyczne poczucie patriotyzmu. Wywodził się z rodziny uczestników powstania styczniowego. Jeden z jego starszych braci (Zygmunt) walczył w pierwszej wojnie światowej i zaraz po jej zakończeniu zmarł z wycieńczenia; drugi (Tadeusz) zginął w 1920 roku pod Zamościem, uczestnicząc w starciach z bolszewikami. Najmłodsza z trzech sióstr (Halina) zmarła w 1929 roku. Najstarsza (Maria) dożyła 1977 roku, przechodząc podczas wojny gehennę obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Foto: NAC Janusz Kusociński i Stanisław Petkiewicz >> Memoriał, który obrósł legendą Mający twardy charakter Janusz, wpakowany w 1940 roku w łapy gestapowców za sprawą zdrajcy w szeregach Organizacji Wojskowej „Wilki” – Szymona Wiktorowicza – mimo tortur nie poszedł na współpracę z okupantem, nie zdradził żadnych nazwisk ani haseł konspiry i został w efekcie przez hitlerowców rozstrzelany. Symbolicznym zadośćuczynieniem ze strony niemieckiej stała się uliczka Kusocińskiego koło Stadionu Olimpijskiego w Monachium... ***** JANUSZ TADEUSZ KUSOCIŃSKI Urodzony 15 stycznia 1907 r. w Warszawie, zmarły 21 czerwca 1940 r. w Palmirach; 167 cm, 62 kg. W 1928 absolwent Państwowej Średniej Szkoły Ogrodniczej w Warszawie; w 1938 ukończył CIWF/AWF Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Nauczyciel wf. Lekkoatleta RKS Sarmata Warszawa (1925–1928) i Warszawianki (1928–1939), trenowany przez Estończyka Aleksandra Klumberga. Mistrz olimpijski w biegu na 10 000 m (Los Angeles 1932); dwukrotny rekordzista świata: 8: na 3000 m (Antwerpia, i 19: na 4 mile (Poznań, Wicemistrz Europy na 5000 m (Turyn, 1934). 10-krotny mistrz i 25-krotny rekordzista Polski na 1000 m, 1500 m, 2000 m, 3000 m, 5000 m, 10 000 m oraz w sztafecie olimpijskiej 4x1500 m. W Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” najlepszy sportowiec Polski 1931 (2. w 1932 r., 3. w 1930 i 1934 r.). Rekordy życiowe w biegach: 800 m – 1: 1500 m – 3: 3000 m – 8: 5000 m – 14: 10 000 m – 30: Współpracował z „Przeglądem Sportowym” ( jako korespondent z igrzysk olimpijskich 1936 w Berlinie), a w latach 1933–1934 był redaktorem naczelnym „Kuriera Sportowego”. We wrześniu 1939 ranny jako ochotnik walczący w obronie Warszawy w szeregach 360. Pułku Piechoty, odznaczony Krzyżem Walecznych przez gen. Juliusza Rómmla. Podczas okupacji niemieckiej członek konspiracyjnej Organizacji Wojskowej „Wilki” (pseud. Prawdzic), aresztowany przez gestapo 28 marca 1940, więziony w al. Szucha i na Pawiaku, rozstrzelany 21 czerwca 1940 w Palmirach. Autor wydanych w 1933 roku wspomnień „Od palanta do olimpiady”, uzupełnionych po wojnie przez dziennikarza „Przeglądu Sportowego” Kazimierza Gryżewskiego. W 1967 roku na wniosek b. organizacji Wojskowej „Wilki” Rada Państwa odznaczyła go po raz drugi, już pośmiertnie, Krzyżem Walecznych. W 2009 roku prezydent RP Lech Kaczyński przyznał mu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Na cześć mistrza olimpijskiego z Los Angeles co roku odbywają się zawody lekkoatletyczne „O memoriał Janusza Kusocińskiego”, których początek przyjęto datować na rok 1954, jakkolwiek wtedy jeszcze nie nosiły takiej nazwy. Przeczytaj pozostałe teksty z 78. numeru „PS Historia”: Polscy bracia Wesołowcy – założyciele Betisu Sewilla >> Złota Kaczka po albańsku >> „Przegląd Sportowy” o Januszu Kusocińskim >> Znikające powołanie. Wygryzł wicemistrza Europy z bramki, a do kadry i tak się nie dostał >> Memoriał, który obrósł legendą >> Grecki nos >>
Tekst piosenki: Cztery mile za Warszawą x2 Wydał ojciec córkę za mąż x2 Hanka wyszła za Henryka x2 Za wielkiego rozbójnika x2 On po górach i po lasach x2 Ona sama w tych szałasach x2 Raz jej przyniósł chustkę białą x2 Całą we krwi umazaną x2 Żono, żono, wypierz mi ją 2x I na słonku wysusz mi ją 2x Hanka prała i płakała 2x Bo tę chustkę poznawała. x2 To jest chustka brata mego x2 Wczoraj w nocy zabitego x2 Synu, synu, nie bądź taką 2x jak twój ojciec zabijaką 2x Henryk nie spał, wszystko słyszał 2x I ze złości ledwo dyszał 2x Wyprowadził ją na łączki 2x powyrywał nóżki, rączki 2x Synek pyta, gdzie jest mama 2x Tam na łączkach pochowana 2x Ty zabiłeś mamę moją 2x A zarazem żonę swoją 2x Cztery noże, trzy widelce 2x Ugodziły synka w serce 2x O dwunastej biją dzwony 2x to już Henryk powieszony 2x Henryk wisiał cztery lata 2x Aż została z niego szmata 2x Tak się kończy ta ballada 2x Co o smutku opowiada 2x Dodaj interpretację do tego tekstu » Historia edycji tekstu